Edward Guziakiewicz
BUNT ANDROIDÓW

1

Powieść «Bunt androidów» jest kontynuacją mikropowieści «Kasandra».

2

Bohaterami są inteligentne androidy, przystosowane do zadań specjalnych w kosmosie.

3

Terminatory działają w systemie, który przypomina grę komputerową.

4

Akcja powieści toczy się na Ziemi i w Galaktyce Andromedy.

👀

WYGLĄDANY przeze mnie Re-Ton okazał się Gelaninem, podobnie jak spotkany przy gwiezdnych wrotach Go-Ton. Twarz miał płaską, nos zgnieciony jak u boksera i mocno odstające uszy. Nie przypominał majestatycznego faraona Ramzesa z mojej wyobraźni. Tamtemu składano hołd należny żywemu bogu na ziemi, ten nie stwarzał dystansu. Był bezpośredni, sympatyczny i gotowy do pogawędki. I pomyśleć, że kiedy mumię egipskiego władcy transportowano w 1976 roku do Paryża, na lotnisku Le Bourget witała ją Francuska Gwardia Republikańska, oddając zabalsamowanym zwłokom honory należne głowie państwa!

— Hej, dobrze, że cię widzę — przywitał mnie niczym starego znajomego, nie ruszając się z miejsca. — Jak to miło zobaczyć kumpla po dziewięciu udanych misjach — rzucił kordialnie. — I od razu przepraszam za Kasandrę!

Nie umiałem ukryć malującego się na twarzy zdumienia.

— Miałeś z tym coś wspólnego? — łypnąłem podejrzliwie, podając mu rękę. Nie od rzeczy było o to zapytać.

— Nadzorowałem ostatnią akcję — przyznał się bez bicia, jakby chodziło o błahostkę. — Lada chwila odchodzę na trzeci poziom, a marzyłem, żeby z tobą pogadać. Musiałem coś wymyślić, żeby cię szybko ściągnąć. Przyszedł mi do głowy pomysł na szalejącą partnerkę, gnębioną przez dokuczliwe autusy. Naszarpała ci nerwów, ale się poszczęściło. Zyskałeś trzysta punktów i nie ominął cię awans!

Omal mnie szlag nie trafił, kiedy to usłyszałem. Nie sądziłem, że z niego taki podły drań. Myślałem, że groźnie warknę i skoczę mu do gardła.

— A to niewyobrażalne ryzyko? — zabulgotałem, z trudem panując nad sobą. — Szykował się Armagedon — nieuprzejmie wycedziłem przez zęby.

Był innego zdania i kategorycznie zaprzeczył.

— Jakie znowu ryzyko? Nic nie mogło się stać, nie pojmujesz? — uciął stanowczo i bezwzględnie. — Nic! A zabezpieczenia? Gdybyś je odkrył — wycelował we mnie palcem, mając świadomość swej przewagi — dostałbyś pięćset punktów, nie trzysta. Automatycznie się wyłączyły po ściągnięciu rozwścieczonej panienki do bazy, stąd te niespodziewane fajerwerki przy generatorze.

Ramiona mi opadły. Trudno było nie ulec jego argumentacji.

— Tyle punktów za takie pierdoły? — broniąc się, zauważyłem zgorzkniały. — Za Aleksandra Wielkiego zgarnąłem wprawdzie więcej, ale musiałem starać się dziesięć lat.

Rozpierała go duma.

— Pozbądź się złudzeń, niczego nie dają za darmo, kochany. Kasandra jest androidem ze świadomością klasy D3, ostatnio nam takie podrzucają. Może nie posiadała twego wiekowego doświadczenia, ale umiejętnie to nadrabiała dzięki wrodzonej inteligencji. Miałeś godnego przeciwnika. I świetnie sobie z tobą radziła. Dlatego przypuszczam, że doskonale wam się ułoży współpraca...

Zmełłem w ustach przekleństwo, w gniewie zaciskając pięści. Trafiłem do gniazda szerszeni.

— Chyba żartujesz? Ona tu? Przecież gówniara nie ma za sobą żadnej udanej misji… — usiłowałem mu się sprzeciwić.

— Co znowu? Mówiłem ci, to świadomość D3 — rzekł z naciskiem. — Mam ci powtarzać? Takie na dzień dobry z powodzeniem mogą startować z drugiego poziomu. Błyskawicznie rozwijają skrzydła. A braki doświadczenia skutecznie rekompensują niezwykłą sprawnością umysłową. Nie dostałbyś żadnej premii, gdyby na jej miejscu był początkujący android klasy D2.

Mimo wszystko nie czułem się przekonany. Opadłem sflaczały na sąsiedni fotel.

— Wolałbym ją z daleka omijać — zwierzyłem się, gotowy na jego piersi się rozpłakać. — Miała takie odloty, że szok!

— Co ty? — po przyjacielsku klepnął mnie w ramię. — Nie martw się, nie będzie niczego pamiętać. Żaden android nie pamięta spapranego zadania, ciebie też to dotyczy. Dziwisz się? — śpiesznie dodał. — Jesteś po dziesięciu tajnych misjach, nie dziewięciu. Jedną dokładnie wymazali ci z pamięci…

— Jasny gwint! — tym razem naprawdę zbił mnie z pantałyku. Był niczym mityczny Parys znający sekret pięty Achillesa.

— Właśnie ze znawstwem prokurują jej nowiutkie ciało. Będzie laseczką jak się patrzy, czyściutką jak łza dziewicą. Rzadko kiedy gościmy płeć piękną, więc wszyscy czekają, żeby ją zobaczyć. Talent, uroda, młodość, świeżość… — zachwalał. — Nie było tu kobiety, odkąd zdechła nasza ooriańska kotka! — zażartował.

„Dziewica z odzysku!” — miauknąłem bezgłośnie, krzywiąc się z goryczą. Myśl, że młodziutka Kasandra może górować nade mną inteligencją była nie do zniesienia. Nie lubiłem kobiet, przejawiających skłonność do dominacji.

Re-Ton zamilkł, zapatrzył się w przestrzeń, a potem nieoczekiwanie podjął nowy temat.

— Taki nasz los! — zaczął nostalgicznie. — Te igraszki z czasem, zupełnie niepotrzebne! Stworzono mnie cztery tysiące lat temu, ciebie dwa i pół. Niestety, z tego większość przespałem, odstawiany na boczny tor. Byłem w sumie aktywny co najwyżej kilkadziesiąt lat, może gdzieś blisko setki, ty trochę mniej. Cóż za marnotrawstwo? Wprawdzie subiektywnie liczymy sobie więcej, bo wpisywało nam się w świadomość całe poprzednie życie bohaterów, w których się wcielaliśmy, ale…

— To prawda — zauważyłem, godząc się z jego wywodem. — Aleksandra zastąpiłem, gdy szczeniak wahał się, czy ruszać przeciw Persom, czy nie. Przejąłem jednak jego wszystkie wspomnienia, począwszy od lat najmłodszych. Wiem, co wyczyniała jego matka…

— Gdyby to podsumować — ożywił się — mamy circa po trzysta lat. Zatem poziom pierwszy cechuje rzadka niegospodarność. Tu z kolei odwrotnie. Na drugim poziomie — ciągnął — spędziłem nieledwie dwa lata. Ty pewnie uporasz się w półtora roku. Kasandra ułatwi ci zdobywanie punktów. Sam na poziomie trzecim nie będę się specjalnie przykładać. Zwolnię tempa. Chcę, byś tam do mnie dokooptował. Wspólnie możemy coś konstruktywnego przedsięwziąć. Od dawna marzy mi się — w jego oczach pojawiły się dziwne błyski — by rozpieprzyć system, w którym tkwimy…

Zaczynałem go rozumieć. Dźwigał na plecach ten sam ciężar. Też chętnie zrzuciłbym z siebie to brzemię.

— Ile jest poziomów? — dociekliwie zapytałem, czując rosnące podniecenie.

— Tego akurat nikt nie wie, przynajmniej tu, gdzie teraz jesteśmy. I nie daj się nabrać na to oszukańcze hasło, które znajdziesz piętro niżej przy boksach mieszkalnych…

— A co tam pisze?

— He, he… — roześmiał się. — Pisze, że system animacji planet jest integralną częścią kosmosu, stworzonego przez Boga. To nieprawda! Krzycząco przeczy porządkowi we wszechświecie. Podstawą rozwoju jest wolność jednostek. A my jej za grosz nie mamy…

Rozległy się fanfary i Re-Ton przerwał zwierzenia. Pozostali członkowie zespołu oderwali się od pracy, zwracając się z zainteresowaniem ku rysującej się na ścianie świetlistej bramie. Mieli fetę. Dwaj zielonolicy Archetanie wyciągnęli w górę długie ogony, kiwając nimi przyjaźnie. Spojrzałem tam i zabiło mi mocniej serce. Oczom nie wierzyłem. Ujrzałem zmartwychwstałą Kasandrę. A Heraklit z Efezu ponoć uczył, że nie można dwa razy wstąpić do tej samej rzeki!

Wróciła w glorii. Wchodziła w wielkim stylu, jak hollywoodzka gwiazda, mająca odebrać głośną nagrodę filmową. W krótkiej białej sukni wyglądała olśniewająco. Przyjęto ją oklaskami.

— Tu! — krzyknął Re-Ton, machając do niej popielatą dłonią. Zauważyła go i nie spiesząc się ruszyła w naszą stronę.

Spanikowałem. Na wszelki wypadek wstałem, gotowy uciec, gdzie pieprz rośnie. Byłem w wygodnych, ale nijakich roboczych ciuchach i nie prezentowałem się zachęcająco.

— Bez nerwów — uspokajająco rzekł Ramzes. — Ona naprawdę tamtego nie pamięta — zapewnił z przekonaniem. — Wpojono jej wprawdzie pewną wiedzę o tobie, ale widzi cię pierwszy raz w życiu…

Kiedy podeszła, tego typka już obok mnie nie było. Zniknął jak duch, pozostawiając mnie sam na sam z zarozumiałą smarkulą. Pardon, świeżo wyklonowanym androidem płci żeńskiej klasy D3. Zalotne duże oczy, idealne wcięcie w talii!

— Mam na imię Al-Mac — przedstawiłem się, nie mając innego wyjścia. — Cieszę się, że będziemy razem pracować.

Spodziewałem się, że warknie „A ja nie!” i instynktownie przyjąłem postawę obronną. Uśmiechnęła się do mnie pogodnie.

— Nazywam się Ka — ciepło odrzekła. — To dla mnie zaszczyt, móc służyć ci pomocą. Czuję się wyróżniona, mogąc pozostawać pod ręką tak doświadczonego mistrza! — z wdziękiem się popisała, jakby wychowano ją na pensji dla naiwnych panienek z porządnych domów.

Rozdziawiłem gębę ze zdumienia. Potem wstydliwie chrząknąłem. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Nie mogłem wyjść z szoku.

— Wygląda na to, że będziemy razem pracować. Siadaj! — skwapliwie zaproponowałem i nieporadnie zająłem sąsiedni fotel. Onieśmielała mnie i zastygłem w bezruchu, bojąc się oddychać.

Uwagą rozpaczliwie umknąłem w stronę Re-Tona i natychmiast przeszyła mnie — niby pod wpływem jego fluidów — kojąca myśl, że gdyby nie krzaczaste numery Kasandry, nie trafiłbym tak szybko na drugi poziom. Paradoksalnie zawdzięczałem wrednej diablicy wyjście na prostą. Przez kilka dni harowała jak szalona, bym mógł dostać premię. Jednak z tego nie wynikało, że byłem gotowy lekką ręką ją rozgrzeszyć. „O nie! Nie pójdzie ci ze mną łatwo!” — syknąłem do swoich myśli.

(...)