Edward Guziakiewicz
BUNT ANDROIDÓW

1

Powieść «Bunt androidów» jest kontynuacją mikropowieści «Kasandra».

2

Bohaterami są inteligentne androidy, przystosowane do zadań specjalnych w kosmosie.

3

Terminatory działają w systemie, który przypomina grę komputerową.

4

Akcja powieści toczy się na Ziemi i w Galaktyce Andromedy.

R

E-TON wrócił i wybawił mnie z kłopotu. Przejął inicjatywę, ale rzucało się w oczy, że się spieszy. Ruszał w podróż, z której nie było powrotu. Chciał wszystko zapiąć na ostatni guzik, a miał wiele różnych, nie cierpiących zwłoki spraw na głowie. Nie należało go nękać i odciągać od nich jego uwagi. Nie byłoby to w dobrym tonie.

Obrzucił uważnym spojrzeniem mnie i Kasandrę. Nie dojrzał w moich oczach szczególnego zachwytu, ale tym się nie przejął. Jeszcze się dąsałem. Siedzieliśmy jak dwójka nieśmiałych małolatów, którym na pierwszej randce zabrakło języka w gębie.

— Jutro wezmą was w obroty i jak leniwe koty zagonią do roboty — zakomunikował. — A dzisiaj? — zatarł ręce. — Wybierzcie się do górskiego ośrodka na Neeidzie. Skorzystajcie z okazji! Dzięki temu lepiej się poznacie — zapobiegliwie podpowiedział. I westchnął: — Za kwadrans mnie już nie będzie. Taka kolej rzeczy... — Złapał do ręki niewielki sześcian, poznaczony na ściankach hieroglifami, potem go odłożył. Zaświeciły mu się oczy: — Chowam coś ekstra dla ciebie, o ile uznasz, że może ci się przydać. To pakiet z zestawem zajmujących informacji o systemie. Ukryłem kapsułę w Dolinie Królów, w grobowcu, w którym jako faraon zostałem pogrzebany. Będziesz musiał ruszyć głową, żeby trafić na ślad tego skarbu, ale łamigłówka nie jest skomplikowana. Chodziło mi, by nikomu niepowołanemu ta przesyłka nie wpadła w ręce. Na Ziemię na pewno się wybierzecie i to nie raz, chociaż stąd do niej jest ponad dwa i pół miliona lat świetlnych…

— Co można ciekawego robić w tym górskim kurorcie? — spytałem. Dziwiło mnie, że Re-Ton dzieli się swymi sekretami, nie przejmując się obecnością Ka, jakby była dopuszczona do spisku. Nie pojmowałem, czym sobie zaskarbiła jego życzliwość.

Obojętnie wzruszył ramionami.

— To samo, co na Ziemi, na przykład w Alpach.

— W Alpach? — zjeżył mi się włos i podejrzliwie zerknąłem na siedzącą obok mnie modelkę. Milczała, starając się nie przeszkadzać w rozmowie. — A wolno tam zjeżdżać na nartach?

— Mają coś takiego — potwierdził ruchem głowy. — Można korzystać ze stoków, ale dla bezpieczeństwa tylko w oznakowanym rejonie.

— Lubisz jeździć na nartach? — zwróciłem się do nie otwierającej ust partnerki.

— Nie wiem, nigdy nie jeździłam — uprzejmie odpowiedziała.

Pomyślałem, że zaczynam cierpieć na paranoję i porzuciłem ten temat.

— Mówisz zatem, że w Tebach?..

— Nie musicie się spieszyć, wystarczy, że zajrzycie tam za kilka miesięcy. To tyle — zatarł ręce. — Na mnie już czas, zmywam się. Trzeci poziom czeka. Może kosmos odsłoni mi nieznane wcześniej głębie?!

Wstałem, żeby się z nim pożegnać. Objąłem go i uścisnąłem jak rodzonego brata. Miał w oczach łzy. Byliśmy niczym Damon i Fintiasz, pitagorejczycy z Syrakuz, sławni ze swej przyjaźni. Czytałem o nich w bibliotece.

— Spiszesz się na medal — orzekł ze sporą dozą pewności siebie, a potem zwrócił się do anielskiej Kasandry. — Opiekuj się nim i strzeż go jak oka w głowie!

Miałem ochotę za nim pociągnąć, ale poczułem, że dziewczyna mnie zatrzymuje. Zerknąłem na nią krzywo.

— Chce pozostać sam — półgębkiem zauważyła.

— Ach, tak?! — zdziwiłem się. I zrezygnowany dodałem: — Pewnie masz rację.

Rozejrzałem się rozpaczliwie po platformie, pojmując, że jestem skazany na siebie i pomyślałem o siedlisku głównego koordynatora. Wyłuskałem wzrokiem Go-Tona, akurat był w pobliżu i zaczepiłem go, odwracając się do Kasandry plecami.

— Wypadałoby się doładować — mimochodem stwierdziłem. — Gdzie jest… eee… — zacząłem pytać.

— Tam! — pokazał mi ręką. — Dokładnie na osi stacji. Nie musisz nic robić, wystarczy, że wejdziesz.

Z zewnątrz to lokum wyglądało jak okrągła budka telefoniczna. Uchyliło się przede mną wejście. Zająłem w środku sztywną pozycję stojącą, zrobiło się ciemno, bladoniebieskie światło skanera przesunęło się po mojej czaszce, potem dwa razy błysnęło czerwone, znowu zapadła ciemność i główny koordynator mnie wypuścił.

Odruchowo zmrużyłem oczy, wychodząc. W jednej chwili rozjaśniło mi się w głowie. Hipnopedia na jawie! Wiedziałem, jak jest zbudowany kosmiczny dysk, co i gdzie się znajduje oraz do czego służy. Znałem też niezgorsza wszystkich, pracujących na tym poziomie.

— Niezłe! — z uznaniem cmoknąłem. Wreszcie byłem w domu.

Zrestartowana Kasandra posłusznie czekała, co rusz zerkając w moją stronę. Spojrzałem na nią innymi oczyma. Nie cyborga z porąbanego pierwszego poziomu, ale ze znamienitego drugiego. Tamto przestało się liczyć. Zbladło w mej pamięci i stało się niemal bez znaczenia.

— Do rzeczy babka! — z uznaniem zamruczałem pod nosem. — Jak się nie ma tego, co się lubi, to się lubi… — dośpiewałem sobie zadziornie.

Czekała, aż się zbliżę i z wdziękiem się podniosła. Odniosłem wrażenie, że odrobinę ją poprawili. Wydawała mi się bardziej porywająca niż na Ziemi. Biodra miała ciut, ciut szczuplejsze i nie wyglądała na dziewiętnaście lat. Doszedłem do wniosku, że wyklonowano ją nieco młodszą. Fizycznie odjęto jej z rok, jeśli nie ze dwa lata. A może się myliłem?

— Milczenie jest wprawdzie złotem, panno Ka, pewnie cenisz sobie tę maksymę, tym niemniej musisz się częściej odzywać — rzekłem do wiotkiej dziewczyny. — Po wiekach samotności lubię, gdy się do mnie mówi.

Przytaknęła z odrobiną zrozumienia.

— Jak sobie życzysz… — ulegle odrzekła.

Odkrytą windą spłynęliśmy razem na niższy poziom. Odnalazłem apartament, jej mieścił się kilka kroków dalej po drugiej stronie korytarza. Odprawiłem ją ruchem ręki, bo zatrzymała się przed swoimi drzwiami, pytająco oglądając się na mnie, jakby nie mogła wejść tam bez mojej zgody. Obejrzałem przydzielone mi cztery kąty. Pomieszczenia cechowała prostota i nie wpadło mi w oczy nic nadzwyczajnego. Znalazłem ścienną szafę z ubraniami i zapuściłem żurawia do schludnej łazienki.

Opuściłem numer i korytarzem dotarłem do kuchni. Obsługujący segment jadalny ścienny automat poprosił mnie, bym podłączył się do terminala. Nigdy dotąd nie stołował się tutaj żaden android w ciele przedstawiciela gatunku Homo sapiens i usłużna maszyna chciała zbadać moje preferencje kulinarne. Wyświetliło się krzyczące menu, obejmujące około stu sześćdziesięciu pozycji. Była w nim nawet zupa z ośmiornicy, mój przysmak z czasów Aleksandra. System kuchenny potrzebował czasu, żeby się dostroić, zaś na obiad mogłem przyjść najwcześniej za godzinę.

Udałem się z powrotem do siebie. Kasandra cierpliwie czekała przed moimi drzwiami. Błyskawicznie się przebrała i teraz wyglądała jak ponętna nastolatka z Europy lub USA. Miała na sobie obcisły czerwony top i krótkie seksowne dżinsy, zaś na nogach adidasy. Wydawała się nie pasować do tych stron kosmosu.

— Klasa! — pochwaliłem ją i wpuściłem do środka. — Na Ziemi miałabyś tuziny adoratorów — przymilnie dodałem. — Co robimy? — odruchowo zapytałem, nie umiejąc przeniknąć jej intencji.

Nie odpowiedziała. Obróciła się na pięcie i prowokująco zajrzała mi w twarz. Gwałtownie mnie pragnęła i nie zamierzała tego kryć. Jej brązowe oczy mówiły, że powinienem bezzwłocznie wziąć ją w objęcia. Ująłem dłońmi jej blade policzki i złożyłem na zmysłowych wargach delikatny niczym muśnięcie motyla pocałunek. Ten czuły gest wyzwolił we mnie szaleńcze pożądanie. Uległem wybuchowi namiętności tak potężnej jak wulkan na skraju oceanu. Adrenalina wzięła górę i nieposkromiona natura odniosła zwycięstwo. Lekarstwem na toczoną na Ziemi wojnę mógł być tylko nieprzytomny seks. Nie było mowy o żadnej grze wstępnej. Gorączkowo zdarliśmy z siebie odzienie i padliśmy na łóżko, zatracając się w szalonych pieszczotach. Pogrążeni w dzikiej rozkoszy, wkrótce osiągnęliśmy błogie spełnienie.

(...)